Małżeństwo Danuty i Wiesława Bilczewskich trwa już ponad 30 lat. Mają dwóch dorosłych, samodzielnych synów, troje wnucząt. Dzięki sakramentalnej więzi małżeńskiej, zgodnie idą ku zjednoczeniu z Chrystusem. Modlitwa i życie sakramentalne prowadzi ich do prawdziwego wymiaru miłości w bliskości serc i ducha. Ich gościnny i ciepły dom pełen jest pamiątek po św. Józefie Bilczewskim.

Wiesław Bilczewski prezentuje stułę św. Józefa Bilczewskiego      Fot. Ł. Korzeniowski   Studiowali w Krakowie, ale poznali się w Zakopanem, skąd pochodzi pani Danuta. Związek z Bilczewskimi w jej rodzinie zaczął się jednak dużo wcześniej, o czym wiedziała tylko jej chrzestna matka, kuzynka ojca, zamieszkała w Krakowie. Skojarzywszy nazwisko narzeczonego Danuty - Wiesława, wyjawiła, że przez okres okupacji mieszkająca z nią gosposia - franciszkańska tercjarka - przechowywała dokumenty przygotowane do beatyfikacji arcybiskupa Józefa Bilczewskiego. Po zakończeniu wojny dokumenty te odniosła do Kurii Biskupiej w Krakowie. Rozpoczęty w 1930 roku proces beatyfikacyjny wznowiono w 1959 roku.

   - Pan Bóg jest Bogiem niespodzianek, albowiem moja kolejna ciocia, tym razem ze strony mamy, jest synową lekarza ze Lwowa, który leczył Arcybiskupa - mówi pani Danuta, pokazując listy do wuja pisane ręką Świętego.

    Bilczewscy z pietyzmem przechowują rodzinne pamiątki, traktują je jak relikwie i udostępniają wszystkim zainteresowanym. Jeżeli powstanie muzeum, przekażą tam krzyż, przed którym modlił się Arcybiskup, jego buty przygotowane na uroczystości ingresu do katedry lwowskiej w 1900 roku, stułę, rękawiczki, modlitewnik, olejne portrety Arcybiskupa i jego matki.

    - Pamiętam dziadka Kazimierza, najmłodszego brata Arcybiskupa, który zmarł w 1978 roku - wspomina jego wnuk pan Wiesław. - Często z nim rozmawiałem i wypytywałem o różne sprawy rodzinne i jego relacje z Arcybiskupem. Dziadek opowiadał, że mimo iż był młodszy od swojego brata o 24 lata i nie wychowywali się razem, więzi rodzinne między nimi były bardzo silne, a brat bardzo troszczył się o niego. Dziadek wspominał, że podczas jego pobytu we Lwowie w pałacu arcybiskupim - a był wówczas młodym człowiekiem - brat zawsze sadzał go przy stole, przy którym uczestniczył we wspólnych posiłkach, często w obecności wielu osób. Zawsze podkreślał tę bliskość, mimo że nie często się widywali.

      - Pierwszą łaską uproszoną za wstawiennictwem Arcybiskupa jest nasz młodszy syn. Przez dziewięć miesięcy trwała nowenna, wszystko dobrze się skończyło, chociaż mogło stać się inaczej. Z wdzięczności syn otrzymał na drugie imię Józef. Ta opieka Biskupa nad naszą rodziną, tą bliską i dalszą, przejawia się w sytuacjach szczególnie trudnych. Kiedy mój ojciec po wylewie umierał mi na rękach - wspomina pani Danuta - a był człowiekiem niepraktykującym, poprosiłam: "Panie, zaczekaj, przecież wiesz, że nie jest gotowy". Przeżył, pobyt w czterech obozach koncentracyjnych, dwa zawały. Kiedy nieprzytomnego zabrali go do szpitala, wzięłam krzyżyk misyjny wiedząc, że jest przywiązany do niego odpust zupełny i kiedy odzyskał przytomność poprosiłam: "tato, pocałuj ten krzyżyk a będziesz zdrowy". Zrobił to na oczach pięciu osób i zaraz wróciła mu władza w rękach. Wyspowiadać się jednak wtedy jeszcze nie umiał. Dopiero kiedy powrócił do domu, pół roku po wylewie i z trudnością poruszał się po mieszkaniu, poprosiłam ojców bernardynów, by udzielili mu sakramentu namaszczenia chorych. Po spowiedzi i sakramencie sam wstał i najzwyczajniej wyszedł z domu na długi spacer. Żył później jeszcze osiem lat - uzupełnia historię rodziny pani Danuta, a pan Wiesław dodaje: - Kiedy zamieszkaliśmy w Bielsku w 1986 roku, żona zaczęła modlitwy o beatyfikację abpa Józefa Bilczewskiego. Zamawialiśmy Msze św. w tej intencji, często jeździliśmy do Wilamowic, tam wychowywały się nasze dzieci, tam wchodziliśmy w relacje z ludźmi. Po latach wszystkie wydarzenia nabierają dla nas sensu, odkrywając przed nami Boże zamiary. Nawet kolega, z którym pracowałem okazał się krewnym księdza Gorazdowskiego, który wraz z Arcybiskupem Bilczewskim był beatyfikowany we Lwowie. Właśnie z tym kolegą moja żona założyła pierwszą grupę modlitewną i nasze ziemskie sprawy nabrały również duchowego wymiaru. Za szczególną łaskę poczytują sobie również obecność na Mszy św. beatyfikacyjnej we Lwowie i kanonizacyjnej w Rzymie 23 października 2005 roku.

    Państwo Bilczewscy to pedagodzy. Pracowali w szkołach i ośrodkach wychowawczych, z młodzieżą i z osobami niepełnosprawnymi. Przez to Boże posłanie najpierw pani Danuta uznała, że służenie drugiemu człowiekowi jest dla niej najważniejszym zadaniem życia. Wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka i Towarzystwa Pomocy im. Św. Brata Alberta, gdzie przykładem, słowem i pełnieniem dzieł miłosierdzia stara się budować świat bardziej braterski i ewangeliczny, głosząc przesłanie pokoju i dobra. Każdą sytuację, każdą zmianę, każde spotkanie oboje rozumieją jako zrządzenie Bożej Opatrzności. Takie wezwanie opatrznościowo nosiła również ich parafia, a obecna również wymowne - bo św. Brata Alberta.

    - Marzyłam długi czas, aby włączyć się w ruch Odnowy w Duchu Świętym. Dostrzegałam w sobie proces dojrzewania radykalnej postawy chrześcijańskiej, a charakter tego ruchu był zgodny z moimi predyspozycjami. I dlatego tam znalazłam swoje miejsce. Potem modliłam się dziewięć lat, aby Pan Bóg również "zagarnął" mojego męża. Był tradycyjnie wierzącym katolikiem, a dla mnie to było za mało. Mąż poszedł kiedyś zobaczyć, jak się modlimy, a ja westchnęłam: "Duchu Święty, zatrzymaj go na stałe" i zostałam wysłuchana - opowiada pani Danuta a mąż z humorem dopowiada, jak to było.

    - Dziwna sprawa. Chodziłem do dentysty i czułem, że zaczynają mnie boleć zęby nie te, które akurat mi leczono. Ból był taki, że nie mogłem wytrzymać. Po otwarciu ząb okazał się zdrowy. Tak zdarzyło się dwukrotnie. Obiecałem: "Panie Boże, jak mi pomożesz, jak nie stracę tych zębów, to pójdę z żoną na spotkanie". Nie straciłem. Pół roku się wybierałem i w końcu poszedłem. Od pierwszego dnia czułem, że moje miejsce jest w tej wspólnocie. Do dziś trwamy tam razem, zostałem liderem, razem z żoną szukamy woli Bożej i staramy się przybliżać ludziom ewangeliczną radość.

 

    - Im głębiej się wchodzi w relacje z Panem Bogiem, tym jest trudniej, ale świadomość tego, że Bóg dopuszcza pewne rzeczy, bo nasDanuta Bilczewska z obrazkiem zawierającym relikwie św. Józefa Bilczewskiego      Fot. Ł. Korzeniowski kocha, zgoda na Jego drogę, pozwala przetrwać każdy czas. Słowa Psalmu 139: Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek, którymi zwracamy się do Boga, skutecznie uczą nas pokory i zawierzenia. Oddanie Bogu swojego serca, rąk i czasu sprawia, że posyła nas do ludzi chorych i potrzebujących. Sypią się te posłania, a my staramy się nadążyć. Ludzie proszą o modlitwę, więc pomagamy każdemu proszącemu, pozostawiając Panu Bogu czas i sposób działania. Jeśli trzeba, idziemy do szpitala z relikwiami św. Józefa Bilczewskiego, które zresztą zawsze mam w torebce - mówi pani Danuta.

    Czasami po długim czasie dowiadują się o radości i wdzięczności ludzi, którym pomogli. Czasami nigdy. Wiele świadectw nadeszło w listach. Nabożeństwo do św. Józefa Bilczewskiego krzewią wśród znajomych, obrazy z jego podobizną znajdują się w wielu domach. Na przykład w domu przyjaciółki pani Danuty - pani Zofii. Kiedy jej mąż w 2005 roku zasłabł w domu, a reanimacja nie przynosiła trwałych rezultatów, kiedy w szpitalu powiedziano, że to zawał i podejrzenie tętniaka aorty a przepuszczalność tętnic wynosiła 5%, cały czas liczono na wstawiennictwo Arcybiskupa. Wierzą, że dzięki wysiłkom lekarzy, wspólnym modlitwom w obecności relikwii - rękawiczki Arcybiskupa, którą pan Wiesław przyniósł do szpitala, mąż pani Zofii żyje. Operacja założenia bypassów miała miejsce dwa dni przed kanonizacją Arcybiskupa i stała się znakiem od Boga. Przez cały czas zmagań o życie męża pani Zofii nie opuszczało uczucie, że Bóg jest z nimi w utrapieniu. Nieustanna modlitwa i wiele odprawionych w tej intencji Mszy św. sprawiało, że pozwoliła Bogu kierować swoimi poczynaniami i krokami. Zrodzone wówczas poczucie wdzięczności nie ustało do dzisiaj.

    Podobnie jak pana Tadeusza, który od dawna cierpiąc z powodu żylaków został zabrany do szpitala, bowiem z otwartych ran na stopach sączyła się krew i ropa. Groziło to zakażeniem i amputacją. I znów relikwie Arcybiskupa "pracowały" w szpitalu, w kościele odprawiano Mszę św. a przyjaciele gorąco się modlili. Dzisiaj pan Tadeusz żyje, chodzi o dwóch kulach i z wdzięcznością dziękuje Panu Bogu i Świętemu Arcybiskupowi.

    Państwo Bilczewscy takich zdarzeń znają wiele. Wzorem świętego Józefa Bilczewskiego, który nie jest zresztą jedynym kapłanem w tej rodzinie, żyją ukochaniem codziennej Mszy św., z adoracji Najświętszego Sakramentu czerpią Bożą mądrość, a idąc za wskazówką Świętego starają się "uczynić z nas wszystkich słoneczniki duchowe, zwrócone wciąż myślą, sercem ku Hostii śnieżnobiałej, która jest dla nas nigdy nie wygasającym Słońcem Bożej prawdy, łaski i miłości".

źródło:  http://www.cudaboze.pl/rozdzial.php?numer=4&rozdzial=3

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------