Nowa książka o Świętym
Był piątek, ciepły lipcowy dzień 1995 r. Dziewięcioletni Marcin Gawlik z Wilamowic czekał na Dobranockę. Tego dnia w telewizji miały być Muminki. Rodzice Marcina siedzieli w kuchni, kiedy nagle usłyszeli głuchy odgłos. Sądzili, że to dźwięk dobiegający z telewizora. Po chwili zobaczyli syna. Biegł z buteleczką spirytusu w dłoni i wyglądał jak żywa pochodnia. Nie krzyczał, tylko biegł, a pęd powietrza podsycał ogień.
|
- Złapałam go, przytuliłam do siebie, zaczęłam gasić - opowiada Mirosława Gawlik, matka chłopca.
Okazało się, że czekając na bajkę w sypialni rodziców, chłopiec bawił się zapałkami. W pewnym momencie sięgnął po buteleczkę ze spirytusem. Rodzice używali go do nacierania bolących nóg jego młodszej siostry. Chłopiec nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa postanowił zgasić nim zapałkę. Nastąpił wybuch. Oblane ubranie i twarz zaczęły się intensywnie palić.
Po ugaszeniu ognia Stanisław Gawlik, ojciec chłopca, zaniósł go do wanny i odkręcił kurek z zimną wodą. Jego żona poszła do sypialni. Dopalały się tam jeszcze opryskane spirytusem rzeczy, płonęła poduszka. Kobieta pobiegła do kuchni i chwyciła za garnek z wodą i.... makaronem. Chlusnęła na palący się dobytek i ugasiła pożar. |
|
|
"Byliśmy zrozpaczeni" |
|
|
Chłopiec wyglądał tragicznie. Potrzebował lekarza. - Koszulka była wypalona, ale nie miał większych obrażeń na klatce piersiowej. Gorzej było z twarzą. Rozległe oparzenia obejmowały podbródek, brodę, usta, nos, powieki. Całkowicie spaliły się brwi i rzęsy - opowiada ojciec Marcina. - Mąż pojechał po lekarza, a ja zostałam w domu i przez cały czas polewałam Marcina wodą - mówi Mirosława Gawlik. Lekarka, która prawie natychmiast przyjechała nie miała właściwie nic do roboty. Zaordynowała podanie pyralginy, która miała zmniejszyć ból i zadziałać przeciwwstrząsowo. Zadecydowała też, że chłopca trzeba jak najszybciej przewieźć do szpitala. Gawlikowie szybko się uwinęli. Wsiedli z synem do samochodu i po kilkunastu minutach byli już w szpitalu w Oświęcimiu. Lekarze - uprzedzeni, że przyjedzie dziecko z poparzeniem - już na nich czekali. Zaopiekowali się chłopcem i opatrzyli mu rany. Błyskawicznie pojawił się ordynator. - Dopiero wtedy zaczęliśmy płakać. Wcześniej nie było czasu. Nie chcieliśmy pokazywać dziecku, że jesteśmy zrozpaczeni. Nerwy puściły dopiero, kiedy Marcina już z nami nie było - opowiadają rodzice. Mirosława Gawlik została z synem w szpitalu. Ojciec wrócił do domu by zając się ośmioletnią Natalią - siostrą chłopca - wtuloną w kąt i przerażoną tym, co się stało. |
|
|
Jedna wielka rana |
|
|
Leczenie było typowo zachowawcze. Zmieniano opatrunki czekając na dalszy rozwój wypadków. Starano się jedynie za wszelką cenę uniknąć zakażenia - zdejmowano spalony naskórek, czyszczono rany. Rozległość obrażeń i to czy dojdzie do powikłań można było ocenić dopiero za trzy dni. - Marcin był w szoku. Niewiele się odzywał, miał oparzone usta i nie mógł mówić. Bał się, że od tego poparzenia umrze. Kiedy jechaliśmy do szpitala pytał czy będzie żył - relacjonuje matka chłopca. - Pamiętam zmianę opatrunku - dodaje. - Całą twarz zmywali i nakładali na to piankę, z której robiła się lekka skorupka. Ran nie było wtedy widać. Zostawała tylko taka cienka powłoczka. Osocze lało się bez przerwy. Było na karku, na koszulkach. Wszystkie piżamki musiał mieć zapinane z przodu, a nie ubierane przez głowę. - Jego usta to była jedna wielka rana, nie było naskórka, widać było żywe ciało. Opalone były kąciki nosa, wszystkie miękkie części twarzy. Na szczęście podczas jednego z badań okulistka stwierdziła, że dno oka i same oczy nie były uszkodzone. To było dla nas symptomatyczne badanie, które już w jakiś sposób napawało nas nadzieją. Wiedzieliśmy, że będzie widział - dopowiada ojciec. |
Twarz jak wulkan
W sobotę rano ordynator wezwał do siebie matkę Marcina. - Doktor Andrzej Jakubowski zapytał mnie, czy jestem wytrzymała i silna. Powiedziałam, że tak. Ordynator wziął mnie wtedy do gabinetu, w którym leżał Marcinek. Lekarz zaczął mi pokazywać rozległość obrażeń. Wskazał na wypalone miejsce w kształcie "motyla" i stwierdził, że w tym miejscu potrzebny będzie przeszczep. Wspomniał o martwicy. Dodał, że trzeba będzie uzupełnić skórę również koło nosa. "Twarz się goi i robią się coraz większe wżery. Jedyne co możemy zrobić, to nacinać kąciki ust, bo zaczęły mu się zrastać" - powiedział ordynator.
Słysząc te słowa kobieta zemdlała. - Ocknęłam się na korytarzu. Leżałam na leżance, miałam podkurczone nogi. Musiało mi się zrobić słabo z wrażenia - stwierdza.
Kolejny dzień nie przyniósł poprawy stanu zdrowia Marcina. Twarz chłopca wyglądała jeszcze gorzej. Stanisław Gawlik: - W niedzielę przeżywaliśmy apogeum naszej tragedii. Kiedy przyjechałem do szpitala, żona przywitała mnie przed salą. "Przygotuj się na okropny widok" - powiedziała. Miała całkowitą rację. Zobaczyłem, że z twarzy Marcina spływają wybroczyny, rany zaczęły się jątrzyć. Skóra na twarzy unosiła się i pękała jak jakaś ziemia wulkaniczna. Głowa napuchła i była dwukrotnie większa niż normalnie. Ta niedziela pogorszyła zdecydowanie nasze nastroje. Rokowania były złe. Nie było nadziei na rychłe wyleczenie chociaż nigdy lekarze nie dawali nam żadnych złudzeń co do tego, że leczenie nie będzie żmudne, skomplikowane i długotrwałe. Mieli na myśli lata leczenia.
|
Szturm do nieba
|
|
| Równolegle z leczeniem szpitalnym ruszyła modlitewna "krucjata". Na drugi dzień po domowej tragedii pan Gawlik poszedł do księdza. Powiadomił go o wypadku i poprosił o odprawienie Mszy św. w intencji zdrowia Marcina. Ksiądz zapewnił mężczyznę, że odprawi ją w poniedziałek. Siostry Służebniczki, z którymi rodzina utrzymywała ożywione kontakty, także rozpoczęły modlitwy. Siostry doskonale znały Marcina - dwa lata wcześniej chłopiec uczęszczał do prowadzonego przez nie przedszkola. Zakonnice rozpoczęły odprawianie nowenny za wstawiennictwem Sługi Bożego ks. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego. - Znane z gorliwości siostry bardziej niż my wiedziały za czyim wstawiennictwem trzeba się modlić - stwierdza ojciec Marcina. On sam również zaczął prosić Pana Boga o uzdrowienie syna za wstawiennictwem Sługi Bożego. W tym czasie matka dziecka spędzała wiele godzin w szpitalnej kaplicy, prosząc o pomoc Matkę Bożą. - W poniedziałek, kiedy oprawiana była Msza św. w Wilamowicach, pobiegłam modlić się do kościoła w Oświęcimiu - relacjonuje. - Odmawiałam różaniec i modlitwy do Matki Bożej. W pewnej chwili pomyślałam o Arcybiskupie Bilczewskim. "Jeżeli masz na to jakiś wpływ, jeżeli dasz radę, to wyproś u Pana Boga, żeby Marcin nie miał żadnych blizn na twarzy" - westchnęłam. Ale wtedy byłam już prawie przekonana, że blizny będzie miał. Tak mówili lekarze. Mimo to wciąż w głębi serca tliła się nadzieją, że może dzięki Bożej pomocy stanie się inaczej. Moja modlitwa do Arcybiskupa na tym się jednak zakończyła. Pozostał różaniec i Matka Boska, bo przecież każda kobieta zwraca się w trakcie takich nieszczęść do Matki Boskiej. | |
|
Niespodziewana poprawa |
|
|
Jeszcze w niedzielę rodzice Marcina - nie dostrzegając poprawy stanu jego zdrowia - postanowili skonsultować się z najlepszymi w Polsce specjalistami z Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Ordynator poparł ich decyzję. Ojciec Marcina pojechał zatem do Siemianowic i załatwił konsultację z najlepszym specjalistą - dr. Stanisławem Sakielem. Wizytę ustalono na środę. Stanisław Gawlik wrócił wówczas do Oświęcimia powiadomić lekarza i żonę o załatwieniu sprawy. - To, co się wówczas działo zaczęło budzić nasze nadzieje - mówi. - To było właśnie po Mszy św. w poniedziałek - relacjonuje żona mężczyzny. - Marcin był jeszcze wtedy na kroplówce. Nie mógł jeść. Tego dnia przygotowałam jednak rosołek, posadziłam go wygodnie i zaczęłam karmić małą łyżeczką. Widziałam, że jego usta są coraz węższe, ale jednocześnie zaczął je coraz szerzej otwierać. Kąciki miał zakrwawione. Zapytał dlaczego karmię go taką małą łyżką. Nie chciałam mu powiedzieć o co chodzi. Stwierdziłam, że nie mam większej. To był pierwszy sygnał, że coś zaczęło się dziać. Po południu usta zaczęły się goić. Buzia była dalej zaczerwieniona, ale nie było spękań i wybroczyn. Opuchlizna zaczęła znikać. Nagłą i niespodziewaną poprawą zaskoczony był także ojciec Marcina. - Napawało nas to olbrzymią nadzieją i dawało argument do jeszcze intensywniejszej modlitwy - mówi. Lekarze nie zmieniali jednak zdania - nadal utrzymywali, że konieczne będą liczne przeszczepy. Twierdzili, że oparzenia tak właśnie się goją; że początkowo wydaje się, że jest troszkę lepiej, ale zaraz potem zaczynają się tworzyć zrosty między wypaloną a świeżą skórą, wymagające długotrwałego i skomplikowanego leczenia. Tymczasem stan dziecka z godziny na godzinę ulegał gwałtownej poprawie. We wtorek - na dzień przed konsultacją w Siemianowicach - Marcin już się uśmiechał i zaczął wstawać z łóżka. Państwo Gawlikowie spostrzegli również, że koło jego łóżka kręciło się coraz więcej lekarzy. Z dokumentacją zapoznał się sam dyrektor szpitala. - Z jednej strony napawało nas to nadzieją a z drugiej martwiło. Sądziliśmy, że może coś złego się dzieje. Lekarze nabrali jednak wody w usta. Okazało się później, że sami nie wiedzieli co się dzieje i co spowodowało tak nagłą poprawę - mówią. W środę odbyła się zapowiedziana konsultacja. - Doktor Sakiel obejrzał Marcina bardzo dokładnie, zapoznał się z dokumentacją i ku naszej wielkiej rozpaczy powiedział, że sprawa jest bardzo poważna. Potwierdził, że są potrzebne przeszczepy, spostrzegł martwicę. Po raz pierwszy widział Marcina i nie był w stanie dostrzec niespodziewanej poprawy. Mówiliśmy mu o tym, ale nie bardzo nam wierzył - opowiadają Gawlikowie. Dr Sakiel udokumentował jednak tę wizytę co pomogło później w przeprowadzeniu procesu beatyfikacyjnego. - Podczas procesu doktor powiedział znamienne słowa: "Teraz mi się wyjaśniło, dlaczego rodzice od razu nie przyjechali do mnie z tym dzieckiem, żeby go leczyć" - relacjonuje ojciec Marcina. |
|
|
"Zadziałały siły wyższe" |
|
|
Marcin został wypisany ze szpitala. Jedynymi śladami po oparzeniu było wówczas zaczerwienienie na twarzy jak po mocnym opalaniu i blizna na podbródku, którą ma do dzisiaj. - To taka pieczęć, żeby było widać jakie to poparzenie naprawdę było. Zresztą powstała z tego anegdota. Opowiadałam mężowi jak poprosiłam Arcybiskupa Bilczewskiego o wstawiennictwo, o to, żeby nie było blizn na twarzy. A nie mogłaś poprosić o podbródek? - zapytał - śmieje się Mirosława Gawlik. Przepisane maści i opatrunki okazały się niepotrzebne. Stanisław Gawlik: - Przy wypisie ordynator stwierdził: "Nie mnie tu dziękować, tu zadziałały siły wyższe. Z medycznego punktu widzenia nie potrafię tego wytłumaczyć". Słowa te powtórzył później podczas procesu beatyfikacyjnego. Wypowiedź ordynatora dała nam trochę do myślenia, ale początkowo nikt z nas nie wiązał tego z cudem. Nikt z nas nie myślał wtedy o tym, kto pomógł, że to Opatrzność Boża, że wstawiennictwo Sługi Bożego. |
|
|
To, że uzdrowienie Marcina może przysłużyć się sprawie beatyfikacji Sługi Bożego ks. abp. Bilczewskiego okazało się niejako przypadkiem. Kilka miesięcy później w Wilamowicach gościł uczestnik wielu procesów - ks. prof. Stefan Ryłko. Debatowano nad innym uzdrowieniem, kiedy niespodziewanie wypłynęła sprawa Marcina. Jego twarz była już wówczas całkiem normalna i wiele osób nie wierzyło, że był tak ciężko poparzony. Sięgnięto po dokumentację, która ujawniła całą prawdę. Wyszło na jaw również, że zanoszono wiele modlitw za wstawiennictwem sługi Bożego. - Perspektywa czasu pozwoliła nam dokładniej na to spojrzeć i dostrzec działanie Opatrzności Bożej za wstawiennictwem Sługi Bożego - mówi ojciec Marcina. - Wtedy stało się to jednak tak jakbyśmy odkryli Amerykę. Analizując wszystko raz jeszcze stwierdziliśmy wszyscy jednoznacznie, że to cud za wstawiennictwem naszego Sługi Bożego. Po wnikliwym badaniu za taki uznała go również Kongregacja ds. Kanonizacji. |
|
|
"A to jest Marcin"
|
|
| Sprawą beatyfikacji żywo interesował się Ojciec Święty Jan Paweł II. Gawlikowie spotykali się z nim kilkukrotnie. - Najważniejszym wydarzeniem, które będzie mi towarzyszyło do końca życia, było nasze spotkanie z Ojcem Świętym we Lwowie podczas Mszy św. beatyfikacyjnej. Nasza rodzina została zaproszona przez ks. kard. Mariana Jaworskiego, żeby wnieść na górę relikwie - serce Błogosławionego. Potem spotkaliśmy się z Janem Pawłem II na audiencji. W pięcioro - wraz z naszą najmłodszą córką Kingą - uklękliśmy przed nim, by ofiarować mu specjalny album rodzinny, przedstawić rodzinę i opowiedzieć kim jesteśmy. Kiedy powiedziałem, że jesteśmy z Wilamowic i jesteśmy rodziną, która doznała łaski uzdrowienia, Papież przerwał mi, popatrzył na Marcina i powiedział: "a to jest Marcin". Ojciec Święty był tak przejęty tym cudem, że zapamiętał nawet imię uzdrowionego chłopca - cieszy się Stanisław Gawlik. |
źródło: http://www.cudaboze.pl/2006/rozdzial.php?numer=2&rozdzial=7
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------







W piątek - po siedmiu dniach od tragicznego zdarzenia - lekarze z Oświęcimia zwołali konsylium. - Zaglądałam z korytarza do sali i słyszałam fragmenty wypowiedzi ordynatora. "Choćby nie wiem jak prawidłowo udzielana pierwsza pomoc..., są tu rewelacyjne rezultaty..." - mówił. Chciał pokazać, że nie on to zrobił, tylko zadziałały siły wyższe - stwierdza matka dziecka.